in Kobieta, Uncategorized

Toksyczny związek – teoria czekoladowego budyniu

at
toksyczny-zwiazek

Dostajesz do ręki budyń czekoladowy z bitą śmietaną, posypany czekoladowymi groszkami i cukrową posypką. Smaczny, prawda? Pewnie świecą Ci się oczy ze szczęścia.

Następnym razem dostajesz wersję bez cukrowej posypki, ale to w sumie dobrze – deser był za słodki. Poza tym, podoba Ci się kubek, w którym On Ci go wręcza. Totalnie Was określa! Idealnie biały, z czerwonymi sercami. Duży. Mieści naprawdę porządną porcję budyniu.

Nigdy nie lubiłaś budyniu, ale teraz smakuje zupełnie inaczej. Miłością.

Kolejny budyń – wersja bez czekoladowych groszków. W końcu zaczynasz całkiem lubić tą czekoladową breję, chociaż nadal wydaje Ci się zbyt słodka i nie przepadasz za konsystencją. Poza tym… naprawdę szczerze nie lubisz bitej śmietany i akceptujesz ją tylko dlatego, że wiesz, że On lubi wyjadać Ci ją z łyżeczki. Dlatego oddychasz z ulgą, kiedy kolejna porcja budyniu jest już bez tego śmietanowego dziadostwa. Zaczyna się robić normalnie… Do czasu, aż budyń smakuje dziwacznie i dowiadujesz się, że skończyło się mleko – wersja na wodzie jest przecież całkiem znośna, mówi. Przytakujesz ze zrozumieniem – pewnie ma rację.

Kolejny raz dostajesz w kubku samą wodę, bo nie chciało mu się robić budyniu. Ale spokojnie! To tylko woda, ale w dalszym ciągu w pięknym, totalnie Waszym kubku! Powinnaś być wdzięczna i rozpływać się nad Jego wspaniałością. Podał Ci wodę! Mógł nie podać jej przecież wcale. Mógł kopnąć w Twoją stronę plastikową butelkę i burknąć: nalej sobie sama… prawda? Łaskawca!

I to właśnie jest toksyczny związek. Mam nadzieję, że czujecie przekaz? Tu tak naprawdę wcale nie chodzi o budyń. Budyń to tylko przenośnia.

Wszystko zaczyna się cudownie, choć podświadomie czujecie, że wszystko dzieje się zbyt szybko. Nie panujecie nad tym i czujecie się wpychane w otchłań tej słodkości. Jest idealnie. Niemal filmowo. Książę na białym koniu? Ten Jedyny? Jesteście prawie pewne – wszystko dzieje się według scenariusza opatrzności przecież, idealnie rozegrana gra. Gra… jednego pionka. Niestety, nie Twojego, koleżanko. Twój dawno dryfuje poza planszą.

Po drodze pojawiają się czerwone światła. Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt momentów, które zasiewają ziarnko niepewności. Wszystkie umiesz sobie wytłumaczyć. Twoja intuicja ewidentnie szwankuje. Każde czerwone światło jest przecież prawie pomarańczowe… to niemal kolor żółty, a z żółtego to tylko kilka sekund do zielonego. Rozumiesz? Nie umiesz rozpoznać dobra od zła, kłamstwa od prawdy. Wszystko jest wykładane dokładnie tak jak powinnaś to rozumieć, aby wszystko szło po Jego myśli. Ufasz. Nie czujesz się manipulowana, choć ewidentnie jesteś. Chcesz czuć się bezpiecznie, więc wpadasz w te ramiona, które donoszą Ci budyń w Waszym kubku. Jesteś lekko skołowana i nie masz pojęcia o co chodzi. Czujesz, że coś się dzieje.

Czy ja jestem głupia? Czy tak ma być? Czy tak to ma wyglądać? Czy coś ze mną jest nie tak? 

Wpadasz w normę. Normę, którą ktoś stworzył z dedykacją dla Ciebie. Więdniesz, chociaż w dalszym ciągu w głowie masz obraz szczęśliwej siebie – kobiety spełnionej, z celami, priorytetami, marzeniami. Potem patrzysz w lustro i widzisz cień. Tak, jakby jakaś pijawka wyssała z Ciebie wszystkie soki. Wsparcie? Oparcie? Wydaje Ci się, że masz się na kim oprzeć, a tak naprawdę nie widzisz, że to On podcina Ci nogi i z każdej Twojej porażki robi wielkie święto. Trwa to tak długo i przeprowadzane jest tak umiejętnie, że ciężko Ci sobie uświadomić, że coś jest nie tak. Wszyscy dookoła mówią, że toniesz. A Ty upierasz się, że jednak pływasz. Z kulą u nogi i resztkami sił, ale jeszcze utrzymujesz się na powierzchni.

Gdybyś mogła teraz postawić siebie pod białą ścianą i przyjrzeć się sobie z każdej możliwej strony, pewnie pomyślałabyś, że to inna osoba. Ktoś bardzo niepewny, nieszczęśliwy, zgubiony. Ktoś, kto nie ma pojęcia jaki jest, co lubi, co chce i jak chce. Gdzie podziała się ta dziewczyna pełna życia? Pojawił się ktoś, kto wypełnia scenariusz napisany przez człowieka, któremu oddał swoje serce. Jesteś skrępowana słowami, wywrócona na lewą stronę, masz połamane żebra, ale przecież trzymasz w rękach ten cholerny kubek, w którym kiedyś serwował Ci budyń. Tak bywa, mija, przejdzie i tym razem, myślisz.

I przychodzi taki moment, gdy upadasz już tak nisko, że od spodu pukają już tylko karaluchy. Czujesz, że więcej nie przyjmiesz. Roztwór nasycony, zaraz powstanie z Ciebie obleśna breja.  To jest ten moment, kiedy mówisz sobie dość.

I wtedy nie obracaj się za siebie. Uciekaj, dziewczyno.

Masz prawo być szczęśliwa, spełniona i decydować sama o sobie. Masz prawo żyć życiem, którym chcesz żyć. I potrafisz wyrwać się z tego bagna, potrafisz uwolnić się od człowieka, który żywi się Twoim nieszczęściem i robi wszystko, żebyś tylko nie wzleciała wyżej niż do wysokości jego kolan. To nie jest normalne i zdrowe – zdrowe i normalne związki sprawiają, że kwitniesz, a nie stajesz się oklapłym, lekko podsuszonym już, chwastem. I może teraz nie jest to dla Ciebie takie oczywiste, może wydaje Ci się, że to bagienko to jednak mimo wszystko najlepsze co Cię może spotkać, uwierz mi – kiedy dasz sobie szansę na bycie sobą, okaże się, że życie jest cudowne. Że może być pełne. Kompletne. Idealne. Że Ty możesz być pełna i kompletna i nie będzie to wcale oznaczało Twojej zdolności do przybierania kształtów jakie wymyśla sobie On.

Masz być takim kształtem, jaki Ty sobie wymarzysz. Na tym polega satysfakcjonujące życie.

Nadine

  • Namicel

    Czytam cię od początku można by rzec i dlatego mam wrażenie, że jesteś osobą niemalże bliską dla mnie. To aż dziwne, że w dobie internetu twoja historia tak mnie porusza, może dlatego, że dotknęła mnie myślą, że u mnie mogłoby być podobnie. Chcę tylko powiedzieć, że rok temu żyłam w podobnym świecie – wśród gruzów, godząca się na półśrodki, nieznająca swojej własnej wartości, więdnąca. Przy człowieku, który stał obok, uśmiechał się i podcinał mi zdrowe liście, a ja nie miałam o tym pojęcia – po prostu przyglądałam się i wierzyłam, że tak właśnie wygląda klasyczny zwiazek. Przecież nie może być zbyt słodko. Otóż może. Gdzieś tam w twojej przyszłości już kształtuje się coś pięknego, chociaż nie masz o tym pojęcia. Musisz tylko wierzyć, że zasługujesz na wszystko co najlepsze i już nigdy nie godzić się na ochłapy. Bo osoba, która będzie miała tę radość z możliwosci bycia Twoją będzie sprawiała, że urośniesz nad ziemię i zrozumiesz jak bardzo jesteś ważna i silna. Trzeba tylko uporządkować siebie i trochę poczekać,
    Namicel.

  • Koroshiya T.

    Doskonała metafora… Kiedyś byłam w samym oku cyklonu takiego toksycznego syfu i dalej uporczywie wmawiałam sobie, że przecież – związek to nie bajka, że to tylko drobne problemy komunikacyjne, że trzeba się skupiać na pozytywach (np. że jaśnie pan nie warczy z rana), że się „docieramy” i tym podobne rozpaczliwe chwytanie się brzytwy… Potem zaczęłam się wgryzać w temat przemocy emocjonalnej, zaburzeń osobowości, jednostek o rysie psychopatycznym – i padł na mnie blady strach. W momencie, w którym zaczęłam się już bać o swoje fizyczne bezpieczeństwo rozwiały się resztki moich złudzeń i iluzji. Uciekłam. Przypłaciłam to wszystko deprechą i nerwicą. Powrót do normalności zajął mi kilka lat. Dziś? Dziś już wiem, że NORMĄ (a nie bajką) jest poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa i stabilności przy drugiej osobie, brak tej idiotycznej wewnętrznej autocenzury 24/7, wiecznego lęku i absurdalnego poczucia winy, bycie motywowaną do sukcesów i wspieraną przy porażkach. Bóg jeden wie, jak ja to TERAZ doceniam – niby proste i oczywiste rzeczy, a człowiek dał sobie wmówić, że na nie nie zasługuje… brrr, nigdy więcej 🙂

  • Przytuptałam z fb po kilku Twoich słowach tam. Pomyślałam, że zostawię tu kilka liter, bo pysznej kawki i ciepłego poklepania po plecach nie mam jak. Niech będzie coraz więcej słońca, kochana Nad.