in Kobieta, Łączność z bazą

To tyle.

at
to-tyle

Powroty są ekstremalnie trudne. Zdecydowanie łatwiej jest się odciąć i zacząć od nowa niż wrócić. Kiedy wracasz – nie wiadomo czy się tłumaczyć, czy może udawać, że absolutnie nie było tej wielotygodniowej przerwy. A była – przerwa nie tylko na blogu, a po prostu… przerwa w moim życiu.

Od początku tego roku Wszechświat wyjątkowo nie sprzyjał, a przecież miało być tak pięknie. Dopadło mnie najtrudniejsze macierzyństwo, bo z buntem dwulatka w tle i przez zdecydowaną większość tego roku – z buntem CHOREGO dwulatka. A przecież oprócz Kropka, moje życie musi mieć też inne, stabilne filary, żebyśmy we dwoje mogli to życie jakoś sprawnie ciągnąć. Przez te tygodnie, kiedy trzeba było działać na najwyższym poziomie logistyki, na minimalnej dawce snu i z pomysłem na jutro, po prostu się wypaliłam. Zaczęłam chodzić wcześniej spać, bo przestało chcieć mi się pielęgnować moje życie. Odpuściłam na wielu frontach bo miałam dosyć tej siatki, którą założyłam sobie sama, aby piąć się do góry. Totalne minimum dla siebie i ucieczka w obowiązki. Szło mi nieźle. Mało radośnie, ale nie najgorzej. Do czasu.

Miałam jasny plan tego jak ma wyglądać moje życie, a mimo tego szłam równoległą drogą. Była trochę łatwiejsza i bardziej osiągalna, ale to w dalszym ciągu nie była TA droga. To trochę tak jak wybierasz torebkę i mimo tego, że marzy ci się porządna, skórzana, to trochę ci szkoda i kupujesz coś z ekoskóry. No tak, torebka jest. Ale to nie jest TA torebka. Miałam tak z wieloma rzeczami i z planem na życie było podobnie – wybierałam substytuty, bo były mniej bolesne, ale w ogólnym rozrachunku przegrywały. Pamiętam, że wtedy potrzebowałam wskazówki, jakiegoś znaku, sygnału, CZEGOKOLWIEK, co podpowie mi co mam robić? Czy czekać? Czy rzucić wszystko i paść owieczki w górach? Czy nauczyć się masażu lomi lomi, a może pójść do wojska?

Żartowałam, ale hawajski masaż za mną chodzi.

Wiecie co się dzieje, kiedy jesteście już na skraju i odpuszczacie? Kiedy prosicie o wskazówkę, jakiś znak – nagle wszystko zaczyna mówić. W każdym usłyszanym zdaniu, w każdym przeczytanym artykule, na pojedynczej stronie książki, przypadkiem w radiu, w rozmowie, patrząc na randomowe zdjęcia , wpadając na nieznanych ludzi, we wszystkim, powtarzam, we wszystkim znajduje się podpowiedź. Wszechświat krzyczy, a my tak często udajemy, że wcale nie.

No i tak…

Trochę zajęło mi uświadomienie sobie, że każdy może mieć kryzys. Taki ogólno-życiowy, z wachlarzem problemów. Do wyboru, do koloru, proszę, jest w czym przebierać. Kryzys, w którym ma się ochotę oprzeć o ścianę, zjechać w dół i podwinąć kolana, a potem rozryczeć się – długo, mokro i głośno. Ale kiedy już podwijasz te kolana, czujesz, że nie możesz. Że ten ostatni ryk to będzie wywieszenie białej flagi, a ty przecież nie możesz tego zrobić. Nie możesz okazać słabości. Musisz być silna. Świat musi widzieć, że jesteś silna.

Ale wiecie co? Nawet najsilniejsi czasem muszą być słabi. Inaczej naturalną siłą rzeczy zaniknąłby im mięsień, który nazywamy roboczo „Serce”. Nawet siłaczki, super bohaterki, kobiety o kilku rolach mogą być smutne.

Dlatego słucham, obserwuję, zweryfikowałam plan i powoli przechodzę na równoległą drogę – tą, która będzie trochę bardziej bolała, ale na końcu której znajdę to, po co idę. Cieszę się, że udało mi się to w końcu napisać – wiecie ile mi z tym zeszło? Ponad 6 tygodni. Otwierałam edytor, pisałam i kasowałam.

Okazało się, że nie chcę być blogerką 

A przynajmniej nie tą, którą byłam kiedyś. Zaczynałam jako nierozgarnięta studentka, pisząc swój pamiętnik – a nie, chwila, najpierw pisałam o kosmetykach. Potem naturalnie ewoluowałam na blog lifestylowy, przy czym pilnowałam (na tamten moment) modnej formy, regularnych treści i generalnie tematyki, która wchodziła wtedy najmocniej.  Była chwila, że otarłam się o blog parentingowy. Na każdym z tych etapów była jedna stała – odzierałam się z prywatności i, no cóż, były to najchętniej czytane teksty.

Już tak nie chcę.

Blog miał być moim środkiem do celu, a celem miała być książka. Gdzieś po drodze zabłądziłam, bo fizycznie nie miałam na nią czasu.

Nie chcę też już więcej wywlekać swojego życia na forum publiczne. Cudownie trzyma mi się je dla siebie samej, wspaniale dzieli mi się nim z najbliższymi.  Żyję bez presji, be strachu i bez zastanawiania się co na to inni. Sama, na własne życzenie się zaszufladkowałam, a potem, kiedy próbowałam  z tego wyjść, nie było już którędy. Nie macie pojęcia ile razy próbowałam coś napisać przez te miesiące. Chciałam Wam pisać o tym co u mnie, jednocześnie nie mówiąc o sobie nic ( wielki szacunek dla Aniamaluje, bo ona akurat posiada tą rzadką umiejętność).

Nie skasuję bloga (choć taki miałam przez chwilę zamiar), zmieni się częstotliwość dodawanych wpisów i pewnie forma. Z przyjemnością robię krok w tył. Chcę, żeby blog był moją odskocznią i moją oazą, a nie obowiązkiem.

To tyle.

Share:

Nadine

  • Cholera, przez większość czasu byłam przekonana, ze u Ciebie naprawdę dzieje się dobrze. Zwłaszcza początek roku był dla nas taki WOW!

  • Musimy umówić się na kawę 😉

  • Joa

    Wreszcie nowy post. Czekałam na twoje posty z niecierpliwością. Nikt tak jak Ty nie zmotywowal mnie do działania . Nikt nie dał mi takiego kopa do działania i motywacji co Twój blog, zwłaszcza wpis :chce mi się. Zmieniłam moje życie dzięki Tobie. Bardzo się cieszę że wróciłaś