in Kobieta, Matka

Single mother – 1

at
single-mother-1

Jeszcze rok temu, gdyby ktoś mnie zapytał czego w życiu boję się najbardziej, powiedziałabym:

  1. Pająków
  2. Samodzielnego macierzyństwa.

Dziś przerażają mnie tylko pająki.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz zostałam sama na placu boju, przez dwa tygodnie. Moje dziecko miało wtedy trochę więcej jak trzy miesiące, a ja kręciłam z niedowierzaniem głową JAKIM CUDEM można ogarniać dziecko i dom w pojedynkę? I jeszcze w tym wszystkim pozostać przy zdrowych zmysłach? Wszystko leciało mi z rąk, brakowało mi doby i zastanawiałam się czy to już koniec życia czy o co chodzi? Trzymało mnie w pionie tylko to, że to były JEDYNIE DWA TYGODNIE, krótki odcinek czasu. Dodatkowo, pod ręką miałam przecież jeszcze cały sztab babć chętnych do pomocy.

Jak ja sobie u licha poradzę z tym wszystkim sama?

Wiecie, samodzielne macierzyństwo to tylko jedna para rąk w codziennych zmaganiach. I to czuć. Czuć w zmęczeniu fizycznym i psychicznym, kiedy nie ma się do kogo odezwać i powiedzieć: dobra, teraz Twoja kolej, idę oszaleć. Kiedy ręce są cztery to można zasłużyć na kilka minut świętego spokoju i ciszy (pod warunkiem, że niezauważenie zatrzaśniesz się w łazience). Bo gdy jesteś na scenie tylko Ty i dziecko, nie ma takiej możliwości. Nie zrzucisz na kogoś odpowiedzialności, bo – no tak, prawie zapomniałam – nie ma na kogo.  Jesteś Ty i mały człowiek, który potrzebuje całodobowej opieki.

Kiedy się rozstaliśmy, moją pierwszą myślą nie było „o Boże, właśnie rozpadło się moje małżeństwo„, tylko „jak ja sobie u licha poradzę z tym wszystkim sama?„. Szanowny Pan Małżonek po prostu się spakował i wrócił do wygodnego, bezproblemowego życia z ciepłym obiadem pod nosem, do przespanych nocy i diamentowej ciszy, o którą tak trudno z małym dzieckiem. Miałam przed oczami tą popularną scenę z filmów, w której wszystko dookoła zaczyna się obracać, coraz szybciej i szybciej, dźwięki nabierają na sile a ja stoję w miejscu i próbuję ogarnąć… co się właściwie dzieje?

Cóż, wtedy nie wiedziałam.

Moim rodzicom przeszło przez myśl, że może powinnam wprowadzić się na jakiś czas do nich? Na szczęście szybko się opamiętali, a i ja wiedziałam, że to będzie gwóźdź do trumny. Zamieszkanie z rodzicami oznaczało dla mnie kompletną porażkę i wiedziałam, po prostu wiedziałam, że robiąc krok w tył sprawię, że nigdy nie odzyskam mojej samodzielności. To była moja odpowiedzialność, moja decyzja i cieszę się, że mimo kiepskiej kondycji w jakiej byłam, zagryzłam zęby i poradziłam sobie sama.

Bycie matką w tym okropnym momencie było dla mnie utrudnieniem i ułatwieniem.

Jednocześnie.

Ułatwieniem, bo nie mogłam pozwolić sobie na leżenie i gapienie się w sufit. Po prostu musiałam zająć się małym człowiekiem. Musiałam posprzatać, przytulić, pobawić się, ugotować, ogarnąć, przebrać, umyć i tak w kółko. Musiałam wstawać o świcie i dwadzieścia cztery razy w nocy. Byłam padnięta. W moje wory pod oczami można było włożyć piłki do tenisa. Zasypiałam za stojąco, ale byłam twardym zawodnikiem. Dałam sobie miesiąc na wegetowanie – odłożyłam zlecenia i grzecznie przeprosiłam za opóźnienia. Skupiłam się na podstawowych czynnościach, jakie musiałam wykonać, aby  moje dziecko nie mogło na mnie donieść do opieki społecznej.

Moja rodzina – całe szczęśćie – nie użalała się nade mną, nie ojojała i nie pozwalała mi rozpaczać. Mogłam się wygadać i snuć się jak zombie. Dostałam przestrzeń, w której mogłam się powoli zacząć zbierać, kawałek po kawałku. I pomoc przy dziecku, jeśli tylko o nią poprosiłam.

Na początku każda czynność rozrywała mnie od środka, ale po kilku tygodniach ze zdziwieniem odkryłam, że już mnie nie boli. Mam wrażenie, że rozchodziłam przy Kropku cały ten smutek, który w sobie miałam.

Utrudnieniem, bo musiałam od razu przeskoczyć kilka szczebli wyżej. Bez dziecka po prostu zamknęłabym rozdział i to wszystko, a tutaj wyszłam z duetu, a więc dostałam w całości opiekę nad dzieckiem, sam dbałam o dom, o zakupy, o porządek i musiałam się mocno nagłówkować nad finansami, żeby zwiazać koniec z końcem. Przeskoczyłam samą siebie. Okay, nie jest jeszcze wcale tak idealnie, jak bym chciała, żeby było. W moich rękach znalazł się plan dnia, aktywności, godziny konkretnych rytuałów. Nagle i niespodziewanie zostałam zasypana wszystkimi obowiązkami, serio, WSZYSTKIMI. I o ile przyjmując takie coś na chłodno można spokojnie się w tym wszystkim odnaleźć, to kiedy zostajesz zaatakowana z zaskoczenia, wpadasz w panikę. No i ja wpadłam.

 

Ten wpis to początek serii wpisów o samodzielnym macierzyństwie. Jak wygląda codzienność single mother? Co zrobić, żeby nie zwariować? Jak się odnaleźć, co olać jako pierwsze i na czym się skupić? Czy samodzielne matki w ogóle chodzą na randki?  Na jakiej podstawie wybierają swoich partnerów? Czy będąc samotną matką można jeszcze spełniać marzenia? Ile ma się wolnego czasu? I przede wszystkim – czy to jest tak ciężkie, jak się o tym mówi?

 

W tym miejscu chciałabym podziękować mojej rodzinie, która jest moim totalnym wsparciem i która kocha mojego Kropka miłością jak stąd do księżyca. Dzięki Wam jeszcze nie oszalałam, a było przecież tak blisko.

Nadine

  • Ja matką jeszcze nie jestem, ba nawet samotna nie jestem ale dobrze mi się czyta takie wpisy.
    Wszystko zasługa Twojej autentyczności i nazywania rzeczy po imieniu. I tych dobrych, które zalatują sielanką i enklawą i tych złych, które jednocześnie są lekcją na przyszłość.
    Dla mnie matki zawsze były tytanami pracy, rekinami dbającymi o finanse i bezpieczeństwo a przy tym oceanami miłości i to chyba jest właśnie niezmienne od wieków.
    Matka poradzi sobie w każdych warunkach. Dostosuje się do wszystkiego i wszystkich, w dodatku dla niej nie ma rzeczy nie możliwych.
    Dobrze że jesteś kolejnym pokoleniem takich matek 🙂

  • Nadine, czekam na kolejne wpisy tego typu <3
    Jesteś dla mnie ogromną motywacją :* Buziaki

  • obszanska-fotografie.pl

    Ktoś Ci to musi powiedzieć…
    Jesteś niesamowitą i silną kobietą, a Kropek jest i zawsze będzie dumny z Ciebie. Jesteś najlepsza i nie daj sobie wmówić, że jest inaczej. buziaki

  • Dlaczego powrót do rodziców byłby porażką? Zawsze to pomoc fizyczna i psychiczna, jakaś szansa, żeby szybciej stanąć na nogi. Potem znów wróciłabyś na swoje.
    Wiesz, Tobie się udało samej, ale w gruncie rzeczy nie każda dziewczyna byłaby tak silna, nie każda poradziłaby sobie sama tuż po rozstaniu…

    • To taka moja osobista porażka, tym bardziej, że nie czuje, że to jest moje miejsce. 🙂 Ale zaakceptowałam to i fakt, że to tymczasowe miejsce. Mieszkam sama, ale mam rodziców bardzo blisko.