in Kobieta, Łączność z bazą

Mój drogi przyszły mężu – list 2

at
moj-drogi-przyszly-mezu-list-2

Mój Drogi,

Minęło ponad 9 miesięcy, od kiedy ostatnim razem pisałam. Nie napisałbym pewnie i teraz, gdyby nie to, że natknęłam się na zeszyt, który stworzyłam w krytycznym momencie mojego życia. Wiesz co w nim było? Dokładny opis tego kim chcę być, kiedy się spotkamy.  Lista osiągnięć, wydarzeń, przeżyć i zachcianek, które miały mnie doprowadzić do momentu, w którym będę na Ciebie gotowa. Po wykreśleniu wszystkiego, miałam być przygotowana, a moje podwórko miało być wysprzątane. Na błysk.

Ten zeszyt sprawił, że PRZYPOMNIAŁAM sobie o tym, że powinnam Cię chcieć w moim życiu.

Zrobiłaś olbrzymi progres, Mała”, powiedział mój przyjaciel, kiedy podsumowałam ostatni rok. Ciężko mi się z tym nie zgodzić, bo moje życie zaczyna coraz bardziej przypominać życie, które zawsze chciałam prowadzić. Pełne śmiechu, wzruszeń, emocji i doświadczeń. Bez przymusu i dopasowywania się – swoboda i akceptacja, tego chciałam. Moja lista rzeczy z zeszytu jest prawie wykreślona. Okay – nie zrobiłam jeszcze tatuażu, nie kupiłam auta i nie zeszłam do rozmiaru „małe 38”, ale to wszystko posuwa się do przodu. Wolno bo wolno, ale do przodu.

Za to przeszłam na wegetarianizm, ogarnęłam sensowny rytm pracy, znalazłam całą masę „swoich” rzeczy, od spodni zaczynając, poprzez miejsca, cechy, a na „moim” kamieniu mocy kończąc. Znalazłam nową pasję – wpadłam jak śliwka w kompot w numerologię i astrologię i chyba mam do tego szczęście początkującej, bo wiedzę pochłaniam ekspresowo. To miła odmiana po tym, jak przez całe życie jarało mnie pisanie – teraz, kiedy to moja praca, potrzebowałam innej odskoczni.

No i wiesz, mój Drogi, w tym wszystkim naprawdę byłam/jestem szczęśliwa. Dzieje się tyle, że podzieliłabym emocjami niejedną książkę. No a potem ta lista i… przypomniałam sobie o Tobie.

Jesienią, rok temu obiecałam sobie, że daję sobie rok na to aby odpocząć od związków. Znałam siebie i wiedziałam, że bardzo szybko jestem w stanie wpakować się w kolejną relację, bo po prostu inaczej nie umiem. Ale zagryzłam zęby i mimo licznych randek wyszłam z tego roku cało – dokładnie w takim stanie, w jakim w niego weszłam. Kiedy dotarłam do daty, która miała zakończyć mój relacyjny celibat, zamarłam.

Bo ja w dalszym ciągu nie byłam gotowa na związek. Początkowo odliczałam czas, aż wybije te przeklęte 12 miesięcy, a kiedy to się stało powiedziałam sobie: ale chwila, chwila… czy aby na pewno tego chcę? I przede wszystkim, czy ja tego potrzebuję?  Czy MY tego potrzebujemy?

Zrobiłam się wybredna, wymagająca i dowiedziałam się czego chcę i potrzebuję, a dodatkowo, w moim życiu zrobiło się na tyle gęsto i stabilnie, że nie miałam tu miejsca na mężczyznę. Było dobrze. Myślałam sobie czasem, że nawet gdybym do końca życia miała być sama to i tak byłabym szczęśliwa. Bo naprawdę było wspaniale  – robiłam to o czym zawsze marzyłam, organizowałam czas po swojemu i byliśmy w duecie – tylko ja i mój Syn. Stawiałam kolejne kroki milowe bez niczyjej pomocy i czułam, że jeszcze rok, może półtora i jestem gotowa na kolejną rewolucję w moim życiu – przeprowadzkę.  

No i ten przeklęty zeszyt, który trafił w moje ręce w nienajlepszy dzień. W dzień, w którym przydałyby się ramiona i buziak w czoło. I ciepłe ręce, które przyniosłyby zimową herbatę z goździkami, a potem – no, niech stracę – umyły naczynia po kolacji. W dzień, w którym jedyne czego potrzebowałam to usłyszeć: znasz moje zdanie, nie rozumiem tego, ale wiem ile to dla Ciebie znaczy, więc będę Cię wspierać, jedź.

 

Nie miał mi kto tego powiedzieć.
Kropek nie wymawia jeszcze zdań podrzędnie złożonych.

A tego właśnie dziś chciałam, Kochany. Czy to oznacza, że to już czas? Czy może to, że jeszcze nie do końca umiem być sama? Błagam, daj znać czy to opcja A, czy B.

 

PS: Moja psycholog mówi, że powinnam ciągle trzymać miejsce w moim życiu dla partnera, żeby potem nie było zaskoczenia i trudności w stworzeniu rodziny. Łatwiej jest trzymać przestrzeń niż potem ją organizować, no to trzymam. Chociaż ostrzegam, że trochę się już tu robi ciasno.

PS2: Jest jeszcze jedna rzecz, którą usłyszałam ostatnio: kiedy przestajesz szukać i zaczynasz żyć, wtedy właśnie życie robi Ci niespodziankę i stawia na drodze odpowiednią osobę. Nie wiem ile w tym prawdy, nie sprawdzałam.

PS3: Jeśli nie zapomnę, to jeszcze się odezwę. Ale na wypadek, gdy wypadło mi to z głowy to… do zobaczenia!

Share:

Nadine

  • PS2. Jak najbardziej się sprawdza. W ten sposób poznałam swojego męża, w najmniej oczekiwanym momencie życia. Poznał mnie w tak fatalnym wyglądzie i tylu, że teraz żadna zmarszczka mu nie straszna ! 😛

    Trzymam kciuki ! 🙂

  • A u mnie los zrobił juz dwa razy tego psikusa. W momencie w którym odpuscilam pojawił się On. Sam. Niespodziewanie. Bez niczyjej pomocy. I myślę że u Ciebie tez tak będzie. Trzymam kciuki za to. U mnie też pomału zaczyna robić się coraz ciasnej. Chce robić mnóstwo różnych rzeczy ale najpierw trzeba wyrobić nawyki odpowiednie do tych podstawowych by móc brać się za kolejne 🙂 buziaki i wpadaj częściej. Uwielbiam Cię czytać !:D

  • ja spotkałam mojego Męża bardzo szybko po zakończeniu swojego pierwszego, 7-letniego związku. Czasem ta osoba spada na Ciebie jak grom z jasnego nieba – ważnym jest żeby się nie ograniczać myślami typu „chyba za wcześnie”, itp. Na to nigdy nie ma właściwej pory. 🙂 Uściski!

  • Za mną historia całkiem podobna do Twojej i powiem Ci w sekrecie, że z każdym krokiem jest tylko lepiej. I że p.s. 2 to prawda 🙂 been there, done that 😂👍
    Buziaki! ♥️

  • Basia Wojtczak

    Powiem ci szczerze, że ja swoją drugą połówkę znalazłam właśnie w monecie kiedy nie szukałam i nie potrzebowałam mężczyzny w swoim życiu. Ale to wszystko jakoś tak samo wyszło. Poukładana głowa przyciaga odpowiednich ludzi. Będzie coraz lepiej, zobaczysz 😉

  • malowane dni

    Zastanawiam się ostatnio nad spisywaniem „swojego życia” – oczekiwań planów przemysleń. Z jednej strony wydaje się to byc bardzo oczyszczajace, z drugiej jak myślę nad tym to nie wiem czy to ma sens