in Kobieta

Jak odnaleźć siebie? (Wcale nie) krótki poradnik dla zagubionych

at
jak-odnalezc-siebie

Zgubiłam się, podobnie jak Wy. Gdzieś po drodze, wraz z upływającym wiekiem, okazało się, że upuściłam sens życia i zawieruszyłam siebie. Nie wiedziałam kim jestem, czego chcę, jak, po co i dlaczego. Wegetowałam i spełniałam oczekiwania innych. Ot, takie życie. Czyli żadne.

Oczywiście wiedziałam, że coś nie gra. Nie wiedziałam tylko co. Ale już wiem – nigdy nie miałam okazji Żyć. Przez duże Ż. Ja, jako ja. Nigdy nie postanowiłam popchnąć życia w odpowiednią stronę, zawsze zrzucałam odpowiedzialność na los i dawałam się popychać codziennym wydarzeniom. Mogłam mówić o trzymaniu życia we własnych rękach, ale co z tego, kiedy moje dłonie ZAWSZE były obejmowane przez kogoś innego? Po ostatnim przewrocie w moim życiu powiedziałam DOŚĆ.

Tym razem zrobię to tak jak należy.

Opowiem Wam o tym dlatego, że dostaję każdego miesiąca kilkanaście wiadomości od kobiet w podobnej sytuacji. Kobiet, które nie wiedzą od czego zacząć, jak zacząć i czy to w ogóle ma sens. Kobiet, które budowały siebie na fundamencie z kogoś innego: żyły życiem drugiej osoby i na tym polegała ich egzystencja. W mailach pytacie: ale jak ty to robisz, Nadine? Jak Ci się to udało? Jak się z tego wychodzi? Jak się do siebie wraca? Jak się zaczyna i czy to kiedyś przechodzi?

To co teraz Wam napiszę to tak naprawdę żaden poradnik – to tylko kilka rzeczy, które pomogły mi zebrać się do kupy.

Wszystko zaczęło się od dwóch decyzji. Decyzji o zmianie. Ale zanim do nich przejdziemy, chcę Wam pokazać coś, do czego zaglądam co kilka tygodni. Za każdym razem ze zdziwieniem odkrywam, że znowu posunęłam się naprzód. Popatrzcie na grafikę „ogarnij zmianę” – naprawdę, pozwalała mi uwierzyć (zwłaszcza na początku), że jeszcze będzie dobrze. I wiecie co? Jest!

W moim przypadku zmiana była podyktowana tym, że po długoletnim związku nagle i niespodziewanie musiałam zacząć życie solo. No, niezupełnie solo,  bliżej mi było do wersji 1+1, z dzieckiem na plecach. Wiecie, zmiana nie musi się obracać jedynie wokół stanu cywilnego. Wszystko to, co sprawia, że wychodzimy poza swoje bezpieczne ramy jest zmianą. Możecie zmieniać szkołę, pracę, miasto, zacząć dbać o siebie, planować dziecko… to wszystko to zmiana. Każde niewygodne zdarzenie i każda krępująca decyzja sprawiają, że fundujecie sobie niezły chaos. Ale spokojnie, chaos jest dobry, bo chaos oczyszcza i układa wszystkie klocki na swoim miejscu. Po chaosie wstaje nowy dzień i nagle wszystko jest dokładnie takie, jak być powinno. Ale od czego zacząć i jak ten chaos przetrwać?

Dwie decyzje

Po pierwsze – przestanę się pakować w związki. Zawsze płynęłam, z ramion do ramion. Nie umiałam długo być sama. Co ja gadam, w zasadzie nigdy nie byłam sama. Przechodziłam płynnie ze związku w związek co było największym błędem, jaki mogłam popełnić. Nie róbcie tego w domu. Najpierw naprawię siebie i to ze sobą stworzę odpowiednią relację, a dopiero później spróbuję zbudować coś sensownego z kimś, kto na to zasługuje.

Po drugie – zrobię uroczysty pogrzeb, przeżyję żałobę, przemyślę, wyciągnę wnioski i nigdy się za siebie nie obrócę.

Nie wiedziałam jeszcze co zrobię dalej, co z tego wyniknie i czy w ogóle to co robię ma jakikolwiek sens. Czułam, że muszę się zatrzymać na chwilę, odciąć, pomyśleć i dopiero wtedy robić cokolwiek.

Zaczęłam tymi dwiema decyzjami, a potem lawina ruszyła. To znaczy, podjęcie tych dwóch decyzji oznaczało zanurzenie się – po raz kolejny – w tym koszmarze, wypłakanie wszystkich łez, zaprzeczanie samej sobie i ogólne rozbicie, ale to mija. Mija i dzieją się fantastyczne rzeczy. Chaos zaczyna układać klocki, a my tylko możemy to obserwować.

31 stycznia usiadłam z  nowym, jeszcze pachnącym kalendarzem i lampką wina i opracowałam plan powrotu do siebie. Musiałam siebie odnaleźć zanim zabiorę się za cokolwiek nowego. Miałam do pozbierania wiele miesięcy kompletnie rozsypanych na podłodze. Lepiej – miałam poczucie zmarnowanych 25 lat mojego życia.  Tak dłużej być nie mogło, ile w końcu można płakać?

Wróciłam do swoich „starych ulubionych”.

Zupełnie zapomniałam o tym, co lubię. Co więcej, na początku, kiedy marszczyłam brwi i próbowałam sobie przypomnieć CO LUBIĘ, widziałam tylko czarną dziurę. Pewnie ciężko teraz będzie Wam sobie wyobrazić moją radość w momencie, kiedy przypomniałam sobie jak bardzo lubię lody miętowe. Boże, myślałam, że będę tańczyć z radości przed ladą lodziarni! Odkrywanie kolejnych rzeczy, które kiedyś sprawiały mi radość, a ja je ot tak po prostu porzuciłam to dla mnie duże przeżycie i z każdej drobnostki cieszę się jak wariatka. Wróciłam do kręcenia hula hop, pisania krótkich wierszy, rozpuszczonych włosów, cytatów na widoku, wieczornego czytania, długich kąpieli, słuchania muzyki… i wielu, wielu innych rzeczy.

Zaczęłam wszystko robić inaczej niż zwykle.

Po co? Żeby wpuścić do mojego życia trochę świeżego powietrza, postawić się rutynie i zająć czymś myśli. W pierwszej kolejności zrobiłam przemeblowanie. Potem zmieniłam kubek do porannej kawy i wymieniłam filiżankę do tej popołudniowej. Zaczęłam spać po innej stronie łóżka niż zwykle i witać się przez telefon zupełnie inaczej. Wybierałam inną muzykę niż ta, do której byłam przyzwyczajona. Robiłam inne zakupy niż zazwyczaj, w efekcie czego moje posiłki były diametralnie różne niż te, które spożywałam kiedyś. Zmieniałam każdy drobiazg, zaczynając od koloru różu do policzków, perfum, długopisu, a kończąc na ulubionych butach. Sprawdzałam siebie i szukałam czegoś, co pasuje mi bardziej. Przecież tyle mogłam przegapić! Polecam to ćwiczenie, zwłaszcza wtedy, gdy zaczynacie się po prostu nudzić. Róbcie wszystko na odwrót, inaczej, zupełnie nie tak, jak do tej pory.

Bałam się, ale mówiłam TAK.

Ten punkt powinnam oprawić w ramkę i powiesić nad łóżkiem. Cudowne zdanie, od którego wszystko się zaczęło. Dzięki niemu odkryłam w sobie pokłady spontaniczności, o które nawet siebie nie podejrzewałam. Zaowocowało to świetnymi projektami, satysfakcjonującą pracą, wspaniałymi znajomościami i licznymi ucieczkami. Boję się, ale robię. I mówię TAK, zamiast „nie chce mi się”.

Czytałam, oglądałam, słuchałam, rozmawiałam.

Czytałam książki na potęgę. Lekkie, humorystyczne, aż w końcu te, które mocno zahaczały o rozwój osobisty i własne wnętrze. Oglądałam filmy. Zaczęłam od komedii, a potem przechodziłam na głębsze produkcje. Słuchałam podcastów i audycji radiowych o życiu, a także wróciłam do muzyki, o której kompletnie zapomniałam. Rozmawiałam z przyjaciółmi, którzy cierpliwie mnie wysłuchiwali, a potem stawiali mnie do pionu, gdy miałam wątpliwości. Ten punkt chętnie rozwinę przy najbliższej okazji – postaram się stworzyć taką kapsułkę kulturalną do przerobienia w czasach kryzysu.

Przetwarzałam emocje.

Zaczęłam uczyć się wsłuchiwać w siebie, nazywać emocje i je przetwarzać. Emocje to niesamowity drogowskaz, a olewanie ich, ukrywanie i odkładanie na bok nie prowadzi do niczego dobrego. Teraz, kiedy mam w środku tornado, po prostu daję sobie chwilę i próbuję to zrozumieć, obejrzeć z lotu ptaka, a potem puścić. Jestem zaskoczona, ale działa.

Poznawałam ludzi

W pierwszym odruchu, w myśl tego, że nie potrafię być sama, założyłam konto na portalu randkowym. Desperacja na szczęście szybko mi przeszła. Wiecie, portale randkowe to stowarzyszenie bardzo specyficznych ludzi. (Sama do niego należałam przez pewien czas, to znaczy, stowarzyszenia). Na stronach randkowych w zasadzie można się poczuć  jak w poczekalni u psychologa. Część osób po prostu potrzebuje się wygadać i przerobić swój problem. Czy to nie był strzał w kolano w momencie, kiedy powiedziałam sobie „dość facetów”? Nie, jeśli z góry założyłam czego na portalu szukam. Portale udowodniły mi, że istnieją na świecie mężczyźni, którzy są inni od wzorca, na jakim opierałam się w ostatnich latach. Portale też pozwoliły mi nawiązać kilka fantastycznych kumpelskich znajomości z osobami w podobnej sytuacji. To pozwoliło mi zrozumieć drugą stronę medalu. Po kilku miesiącach bywania na stronach randkowych, po prostu uznałam, że przestałam należeć do stowarzyszenia, a poznawanie ludzi przerzuciłam na życie realne. W każdym wolnym momencie, kiedy cała logistyka trybi, uciekam do ludzi.

Zrobiłam plan na siebie i ustaliłam to, czego oczekuję.

A zmusiła mnie do tego trenerka kariery, z którą miałam przyjemność rozmawiać zimowym popołudniem. Zapytała, czemu niczego nie oczekuję od życia, czemu nie mam listy cech, których szukam w innych osobach, czemu porzuciłam planowanie swoich celów i pozwalam im powiewać na wietrze i w zasadzie, jakim cudem mówię o sobie, że jestem mistrzynią list, skoro nie listuję najpotrzebniejszych rzeczy? No to zaczęłam o tym myśleć i listować – w tym momencie doskonale wiem, jakich cech oczekuję od przyszłego partnera, wiem czego oczekuję od siebie i wiem gdzie będę w przyszłym roku.

Uporządkowałam przestrzeń.

W zasadzie jestem w trakcie, bo dojrzałam do tego kilka tygodni temu. Przeglądam wszystkie miejsca w domu i wyrzucam niepotrzebne rzeczy na potęgę. Wymieniam, zmieniam i przestawiam. Jestem w trakcie robienia pokoju dla Kropka i oddzielnej sypialni  z miejscem do pracy dla mnie. Dodaję, odejmuję i bardzo się tym ekscytuję. Dostosowuje mieszkanie do dwóch osób w taki sposób, żebyśmy we dwoje czuli się tutaj dobrze.

Zmieniłam wygląd

Tutaj też status: w trakcie. Odświeżyłam włosy, zdecydowałam się na przedłużanie rzęs (w co, niestety, kompletnie wpadłam!) pracuję nad swoim ciałem i powoli bo powoli, ale gubię kilogramy. Bez większej presji kształtuję siebie. Chcę, żeby Nadine, którą widzicie z zewnątrz, była uderzająco podobna do tej, która siedzi w środku.

Gdybym mogła udzielić Wam, zagubionym, jednej rady, to powiedziałabym: zmieńcie orbitę. Bądźcie swoimi własnymi słońcami i nie ogrzewajcie innych planet. Skupcie się na swoich. Okazało się, że kiedy zaczęłam myśleć o sobie, swoich potrzebach i pragnieniach, kiedy zaczęłam się wsłuchiwać w siebie i emocje oraz pracować nad tym co mam w głowie, nagle życie zyskało zupełnie nowy wymiar. Stało się dużo zabawniejsze, pełniesze i wspanialsze, a ja każdego ranka nie mogę się doczekać, aż wyskoczę z łóżka i zacznę działać. No dobrze, uznajmy, że to metafora – w dalszym ciągu Kropek nie przesypia nocy, a ja rozklejam swoje powieki po kilku godzinach (z tysiącem przerw) w okolicach piątej rano.

Jeszcze pół roku temu myślałam, że to niemożliwe, ale… da się. Da się być szczęśliwym. Lepiej: da się być ultra-szczęśliwym, nawet jeśli przebrnie się przez traumatyczne wydarzenia.

Ściskam mocno,
Nadine

Nadine

  • Anna

    Kochana! Trzymam za Ciebie mocno kciuki! Nie poddawaj się i idź do przodu z podniesioną głową :*

  • Trzymam kciuki za ciebie i za wszystkich tych, którzy chcą zmian! 🙂

  • but not so fast

    Co do portali randkowych.. ja po rozstaniu pod wpływem emocji sama założyłam na jednym konto, pomimo, że zawsze miałam trochę ironiczny stosunek do takowych i – jak to z przewrotnym losem bywa – poznałam tam mojego chłopaka, z którym od roku jestem szczęśliwa 🙂 A Twój post.. jakbym czytała trochę o sobie. Tyle, że moja sytuacja nie jest spowodowana rozstaniem, a przeprowadzką, końcem studiów i ogólnym poczuciem bezsensu. Ale powoli się wygrzebuję 😉 jesteśmy silne Babki 🙂

  • podziwiam Twoją wytrwałość, serio

  • Emilia Konopko

    Nadine! Powstalas z grobu! Mega przyjemnie sie Ciebie czyta ( a robie to juz od kilku lat) . Trzymam za Ciebie kciuki i mam nadzieje ze kiedys bede mogla kupic Twoja ksiazke !
    😉 Pozdrawiam cieplutko i wysylam mnostwo dodatkowej, pozytywnej energii ! 😉