in Kobieta

Gdyby wtedy mnie tam nie było…

at
gdyby-wtedy-mnie-tam-nie-bylo

O tym, jak byłam singielką

To był mój krótki singlowski epizod, jeszcze na studiach. Chłonęłam nowy stan jak gąbka. Połączyłam to z intensywnym studenckim życiem i tak oto bywanie na imprezach na mieście kilka razy w tygodniu stało się dla mnie normą. Potrafiłam prosto z imprezy iść na studia – brałam szybki prysznic, zaczesywałam włosy i leciałam na zaliczenie przedmiotu. Było mi dobrze. Zachłysnęłam się wolnością. Nie czułam smutku, nie czułam braku, nie czułam się gorsza ani mniej wartościowa bo nie miałam faceta. Trwało to śmiesznie krótko – zaledwie 46 dni.

Czy gdybyśmy tej nocy, razem z paczką dziewczyn, wybrały inny klub, moje życie potoczyłoby się inaczej? Czy może gdybym konsekwentnie podawała fałszywy numer telefonom facetom z imprezy, nie wydarzyłoby się to co się wydarzyło? A może gdybyśmy piły wtedy mohito zamiast ruskiego szampana z Biedronki, sprawy potoczyłyby się innym torem? Czy gdybym wtedy, prawie pięć lat temu nie wierzyła w bajkową miłośc rozpoczynającą się  hukiem, moje życie odgrywałoby się teraz gdzie indziej?

Czasem zastanawiam się, co by było, gdyby ta noc nigdy się nie wydarzyła. Gdybym nie wpadła wtedy w klubie na Pana Wysokiego, nie uderzyła go z rozmachem w twarz (zupełnie przypadkowo), gdybym nie była wtedy tak pijana i gdybym nie pozwalała sobie na takie życiowe unoszenie się na wodzie,  licząc na to, że życie samo się ułoży? Gdybym zauważyła pierwsze czerwone światła? Gdybym nie mieszała w to wszystko przeznaczenia? Gdybym posłuchała osób z zewnątrz? Gdybym jednak po drodze zrobiła to co zamierzałam, czyli wyniosła się na drugi koniec Polski nie mówiąc nikomu ani słowa? Przeglądałam oferty mieszkań na wynajem i w duchu przeklinałam siebie, że nie mam na tyle odwagi. Czy gdybym wtedy mówiła, jak bardzo jest źle, czy moje życie potoczyłoby się zupełnie innym torem? Czy ktoś by mnie uratował, jeśli nie umiałam tego zrobić sama?

Czy Oskar po prostu pojawiłby się później, czy może wcale? Czy pracowałabym w swojej wymarzonej pracy, tak jak teraz, czy może zostałabym korposzczurem?

Gdyby ta noc się nie wydarzyła…

Wyobrażam sobie, że gdyby ta noc nigdy się nie wydarzyła, byłabym teraz w Gdańsku. Pewnie tuż po studiach (a może i w trakcie?) spakowałabym swoje rzeczy i pojechała nad morze.  Dziesięć lat temu, kiedy spędziłam dwa miesiące nad Bałtykiem, obiecałam sobie, że to będzie moje miejsce na ziemi. Czułam to.

Myślę sobie, że wtedy nie miałabym dziecka, albo dopiero myśl o dziecku zaczęłaby we mnie kiełkować. Jest szansa, że nie miałabym faceta, a może i miałabym? Może byłby już moim narzeczonym, albo bylibyśmy świeżo po ślubie?  Myślę, że podejmowałabym mądrzejsze decyzje… albo po prostu z tych mniej mądrych szybko bym się wymiksowała. Jestem też pewna, że weszłabym we wszystkie moje marzenia, z których zrezygnowałam dla tego związku. Podczas studiów miałam spędzać każde wakacje jako animator czasu wolnego – miałam bujać się po świecie i zabawiać gości w hotelach. Chciałam tego, twierdziłam, że to będzie przygoda mojego życia. Przygoda, z której… ot tak po prostu zrezygnowałam, mimo, że przeszłam kurs, przeszłam casting i dostałam się do pracy. Odłożyłam też pisanie na bok – intensywny związek nie przewidywał tak potrzebnej mi do tego samotności i świętego spokoju. Zrezygnowałam z wielu ważnych dla mnie rzeczy – ucierpiała na tym nawet moja paczka przyjaciół. Na to miejsce pojawiły się te, których nie chciałam, a na które musiałam się zgodzić.

Kiedy tak sobie myślę o tej mnie, która dobrowolnie zatrzasnęła się w klatce, zamknęła od środka i wyrzuciła na zewnątrz kluczyk, mam ochotę nią potrząsnąć. Dziewczyno, gdzie byłaś, kiedy rozdawali rozum i wolną wolę? 

Piszecie, że jesteście zdziwieni, że historia pięknej miłości skończyła się tak tragicznie. Jeśli o mnie chodzi to jestem wdzięczna, że skonczyła się w ogóle. Przez długi czas nawet nie byłam świadoma, że tkwię w toksycznej relacji, która obejmuje dwie osoby pod dyktandem osób trzecich. Wybierałam sobie dobre momenty, które owszem, czasem się zdarzały i tłumaczyłam sobie na wszystkie możliwie sposoby złe, które były moją codziennością. Pisałam Wam tylko o tych dobrych rzeczach, całą resztą nie było sensu się chwalić. Nie chciałabym się zagłębiać w szczegóły, musicie uwierzyć mi na słowo – byłam typową kobietą, która kochała za bardzo, godząc się na to, na co nie powinna. I tak – ja też nie jestem bez winy. Myślę sobie, że po prostu nie byliśmy sobie pisani. 

Albo właśnie byliśmy?

Jestem pewna, że bez tego człowieka nie byłabym teraz taka silna. Nauczył mnie wielu rzeczy, a przede wszystkim tego, czego nie chcę i nie będę akceptować w jakiejkolwiek przyszłej relacji. Dzięki niemu rozwinęłam skrzydła. Dusząc się w klatce przez tyle lat… po prostu wyfrunęłam. Odkryłam, że mam poważne braki w relacji z samą sobą. Że nigdy nie byłam szczęśliwa, bo nie było ku temu podstaw – byłam wybrakowana i szukałam łaty na moje braki w drugim człowieku. Dzięki niemu zostałam Mamą – a wraz z nową rolą dostałam kolejne super moce i fantastycznego Syna.

Gdyby wtedy mnie tam nie było… gdybym ominęła ten klub, gdybym podała fałszywy numer telefonu albo nie odpisywała na słodkie smsmy każdego wieczora… Nie odrobiłabym najważniejszej lekcji mojego życia, która – całe szczęście! – przytrafiła mi się tak wcześnie.

 

Lekcja powtarza się tak długo, dopóki się nie nauczysz.

 

Nie byłabym teraz taką Super-Woman, jak jestem. Zrobiłam kawał dobrej roboty zbierając się z podłogi.

Ale to jeszcze nic.

Jeszcze zobaczycie co się wydarzy i co osiągnę.

Dziękuję Ci, były mężu. Wbrew pozorom wiele Ci zawdzięczam.

Nadine

  • Dziękuję Ci za ten tekst.

  • Podoba mi się Twoje podejście. Z każdej, nawet najbardziej bolesnej lekcji, można wyciągnąć coś dobrego…

  • Aneta

    Bardzo dobry tekst! Dziękuję Ci za niego! 😉
    Sama, dopiero po rozstaniu, zauważyłam z jak wielu rzeczy zrezygnowałam, ot tak, bo nie pasowało to do „mojego związku” – przestałam czytać i kupować książki, a bardzo bardzo to kocham. Ba! W pewnym momencie przestałam chodzić do biblioteki, bo to wszystko było „stratą czasu”. Jak do tego doszło? Nie mam pojęcia.
    Od zawsze marzyłam o wyjeździe do Paryża, jeszcze zanim poznałam mojego K. – i znów zrezygnowałam z tego marzenia, bo przecież „francuski to taki brzydki język” i co ja chcę tam oglądać? A ja, nie będąc tam nigdy inaczej niż w snach czy na kartach książki, wiedziałam, że to jest to moje miejsce na ziemi. Ale zrezygnowałam, bo przecież on jest taki ważny i kiedyś jeszcze tam pojadę.
    Miałam pojechać na Erasmusa na pół roku na Sorbonę – połączenie moich dwóch pasji – polonistyki i francuskiego. Ale nie mogłam, bo nie podobało się to mojemu lubemu. Po kilku zdaniach, od tak zrezygnowałam.
    W pewnym momencie, o wiele za późno, stwierdziłam, że straciłam po prostu siebie. Że ja nie jestem tą wiecznie zapatrzoną w faceta kobietą, która potulnie na wszystko się zgadza. Że też mam marzenia i wcale nie wymagam tak dużo prosząc o odrobinę uwagi, by opowiedzieć o tym, o czym marzę, co chciałabym osiągnąć czy o genialnym pomyśle, na który wpadłam.
    Zniknęłam, przepadłam. Ot tak, nie było żadnego „granicznego momentu”, nie było wpadania w przepaść.
    Najgorsze jest to, że potrafiłam z samej siebie zrezygnować, bez żadnej walki oddałam całą siebie i nie dostałam tego samego w zamian.
    Ale szukam, szukam gdzieś tej małej dziewczynki, która narazie zagląda z niepokojem przez dziurkę od klucza, rozglądając się z nadzieją.

    Jesteś wielka! Całusy <3

  • I tak trzymaj. Nie trać czasu na żałowanie i rozpamiętywanie 🙂

  • Odkąd po raz pierwszy trafiłam na Twojego bloga i później czytałam kolejne teksty, oglądałam zdjęcia na Instagramie, zaglądałam na fanpage, cały czas ulegałam złudzeniu, które jest tak powszechne w podglądactwie internetowym – każdy, kogo obserwuję, prowadzi idealne, fajne życie, którego ja nie mam. Być może ktoś też odnosi takie wrażenie, podglądając mnie – nie zdziwiłoby mnie to, bo przecież całkiem normalnym jest, że chcemy wyglądać jak najlepiej i nie odsłaniamy całej historii, tylko te najciekawsze fragmenty.
    Nie zmienia to jednak mojego zdziwienia, kiedy przeczytałam, po dłuższej przerwie, tekst „Mój przyszły mężu”.
    Cóż… Cieszę się, że zdecydowałaś się na ten krok. Bo przecież równie dobrze mogłaś tkwić w tej relacji, pozostawać nieszczęśliwą i z każdym dniem coraz bardziej bezsilną. Cieszę się, że wzrosła Twoja samoświadomość, bo to bardzo widać po tym, jak piszesz. Dojrzałaś też. 🙂
    Życzę Ci siły, ściskam i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy miały przyjemność się zobaczyć. :*

  • Mój tata zawsze mówi- „Gdyby cztery ściany słyszały co się w nich dzieje i umiały opowiadać życie wyglądałoby inaczej”. Coś w tym jest. Jako ludzie jesteśmy bardzo naiwni, wierzymy że coś się zmieni przez jakiś ważny moment w życiu np. ślub czy narodziny dziecka i tak tkwimy w tym bagnie czekając na ten dzień jak na pierwszą gwiazdkę.
    A tu nie ma na co czekać, trzeba uciekać póki woda nie nalała się jeszcze do kaloszy i póki jest się czego złapać.
    Tym sposobem ja odcięłam się definitywnie od przyszłych teściów, gdyż relacja zmierzała w stronę sterowania mną przez osoby niespokrewnione czytaj takie których ja powinnam mieć na końcu najmniejszego palca u stóp nie mówiąc już brzydko mieć od początku w dupie.

  • Ada

    To, o czym piszesz, jest bardzo ważne. Wydaje nam się, że ludzie, którzy wrzucają śliczne, białe zdjęcia na Instagram mają idealne życie, a pokazywane miłości zawsze są wymarzone i na zawsze. Jak mogą chcieć się rozstać, przecież tak ślicznie razem wyglądają!

  • Piękny tekst <3 Uwielbiam Twoją dojrzałość i samoświadomość :*

  • Sylwia

    Lubię cię Nadine 🙂

  • Piękny tekst ♥ Poza całą tą prawdą pokazujesz tutaj też „magię internetu” – my, przy swoich małych ekranikach podziwialiśmy Ciebie, pana Wysokiego, syna i kota, myśląc jakie macie fajne życie. A gdyby ściany miały uszy… Dobrze że nie mają. Bardzo podoba mi się to, jak teraz się wypowiadasz, jak podchodzisz do życia i całe to bycie Super-Woman – masz przynajmniej 2 osoby dla których dobrze, żebyś była taka silna i odważna – siebie i Kropka 🙂

  • Weź znajdź tego jedynego. Chyba nieosiągalne. 😩