in Kobieta, Matka

Chce mi się!

at
chce-mi-sie

Naprawdę Ci się chce? – Słyszę to kilka razy w tygodniu. Zwykle odpowiadam krótkie „tak”, ale zaczęłam zastanawiać się nad tym poważniej kiedy na wieczorze panieńskim mojej przyjaciółki prawie tuzin kobiet wybałuszało oczy ze zdziwienia, że robię coś dla siebie. Że, dajmy na to, organizuję sobie jeden weekend w miesiącu pod hasłem #escape, żeby nie oszaleć.

Że zaczęłam ćwiczyć jogę, chociaż zdarza mi się przysnąć w pozycji psa z głową do dołu, że biegam na randki, że biorę udział w kursach, że realizują prywatne, niezwiązane z pracą projekty, że przeszłam na wegetarianizm, aaaaaa… i prawie bym zapomniała – i jestem mamą. Samodzielną.

Żeby bardziej to zobrazować: z wieczoru panieńskiego wycisnęłam maksimum, a po niecałych trzech godzinach snu już byłam na śniadaniu z ekpią #razwmiesiacu.

Tak, to byłam też ja

Otwiera mi się nóż w torebce, kiedy słyszę, że ktoś się nie wyspał i jego noc trwała tylko 6 godzin. Szlag mnie trafia, jak słyszę, że ktoś nie miał czasu. Albo… że w zasadzie to nie ma ochoty, że może i by poszedł i zrobił coś człowiek konkretnego, ale ostatecznie zalega na kanapie i odpala netflixa. Jestem na to wszystko wściekła, bo… sama taka byłam.

Marnowałam czas na potęgę. Robiłam nic i odkładałam na potem wszystko to co istotne. Jestem potwornie zła, że sama siebie w to wrobiłam. Byłam koszmarnym leniem, no. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Teraz, kiedy rozmawiam z bezdzietnymi osobami o dziecku, delikatnie wracam do tego jak bardzo życie się zmienia i jak to KONIECZNIE trzeba wycisnąć do ostatniej kropli czas, który mamy jako osoba bezdzietna. Bo jest go dużo, naprawdę.

Biegnę w sztafecie

Prawda jest taka, że każdy mój dzień to sztafeta. Tyle tylko, że mój zespół to jedna osoba. Zaliczam odpowiednie odcinki, docieram do celu i biegnę dalej. Być może już się przyzwyczaiłam do narzuconego tempa, być może nie jest ono znowu tak kosmiczne, jak mi się wydaje. Rano biegniemy do żłobka, potem biegnę pracować, potem zapodaję sprint z wózkiem na ramieniu po mojego Chłopczyka, a potem spędzamy czas na dworze. BIegniemy do sklepu, na plac zabaw, do babci, od babci, do domu, z domu i tak milion razy. Potem rytualne usypianie, a po nim doprowadzanie mieszkania do ładu i… znowu siadam do pracy! Gdzieś w okolicach 1 w nocy udaje mi się zawlec moje zwłoki pod prysznic, gdzie robię wyliczankę czy depilacja czy myję dziś włosy i robię płukankę. Czy ja już wspominałam, że nadal nie przesypiam nocy? Ach, jakieś milion razy, tak? Tak, to nadal się dzieje – mój dwulatek jest twardym zawodnikiem, jeśli chodzi o konsekwetne budzenie się w nocy po kilka razy.

Mam podstawy do tego, aby marudzić, że mi się nie chce, prawda?

A mimo to wchodzę na szczyty moich umiejętności logistycznego planowania i wyłuskuję czas dla siebie, czas dla przyjaciół i znajomych, organizuję sobie wyjazdy i chociaż jestem tym wszystkim fizycznie zmęczona to psychicznie odpoczywam. Ładuję baterie. Ciekawostka: moje życie towarzystkie jest bardziej bujne niż moich niedzieciatych znajomych. Druga ciekawostka: NIgdy w życiu ja sama nie miałam tak rozwiniętego życia towarzyskiego jak teraz.

#Escape

Skąd się to bierze? Być może stąd, że każda eskapada to dla mnie psychiczna ucieczka od codziennego kołowrotka. Być może dzieje się to dlatego, że mam niewiele możliwości, a jak czegoś nie można mieć to bardziej się tego chce. Może to też to, że wiem, że sytuacja nie zmieni się w najbliższym czasie i po prostu nie mam wyboru? Nie narzekam, nie marudzę. Akceptuję to co mam i tempo w jakim żyję. Jestem wdzięczna za to, że mogę wykonywać pracę zdalnie, jestem wdzieczna za to, że mam zdrowe dziecko, że sama jestem zdrowa. Po prostu pędzę, bo szkoda mi życia.

Czasem oczywiście przeginam. Zbyt mała ilość snu, za dużo obowiązków, kiepskie odżywianie i wtedy padam tak jak stoję. Ale chwila zaopiekowania się sobą, krótka regeneracja i można jechać dalej. Chce mi się. Znacznie bardziej mi się chce niż kiedyś.

Chciałabym to zrzucić na super-moce macierzyństwa, ale to chyba potrzeba wyrwania się z roli matki raz na jakiś czas wygrywa z lenistwem i wygodą. Dzięki temu jestem lepszą matką. No i czuję, że żyję, a na tym uczuciu zależy mi najbardziej, nawet jeśli miałby to oznaczać, że przyśnie mi się pod prysznicem.

#Escape do środka

Czasem też jest tak (jak w tym tygodniu) –  czuję, że jedyne czego potrzebuję to długie kąpiele, duża ilość snu, leniwe śniadanie, radio i… małe porządki w domu, żeby zmanifestować w jakiś sposób to, jak bardzo ułożyło mi się w głowie. Robię to, co w danym momencie chcę robić. Słucham siebie, w środku. Nie naginam struny, nie rozszarpuję resztek. Żyję w zgodzie ze sobą. I to jest totalnie super!

 

Wiecie co? Niech lepiej Wam też się zachce, bo lepszego momentu na życie niż teraz to nie będzie.

 

Zdjęcie autorstwa Karoliny Strugalskiej

Share:

Nadine

  • Ty to potrafisz dać motywacyjnego kopa! 🙂

  • Mi się chce i to bardzo, ale wkurza mnie wlasnie, ze jak nie przespie tych 7,5h to jestem nie do zycia. Nawet jak zarwe nockę, przespię 3-4h to i tak potem muszę to odespac, bo jestem nie do zycia. Mam nadzieje, ze to sie zmieni, no bo szkoda czasu! 😀

  • Powiem Ci Nadine że ja przechodzę aktualnie jakąś konsternację. Nie mogę z niczym ruszyć i w ogóle wszystko jest niezorganizowane.
    Nie wiem z czego to wynika, może z sielanki małżeńskiej, albo właśnie tego że jestem LEŃ, przez duże L!
    Masz rację, że łatwiej jest gadać, niż wziąć, spiąć dupę i ruszyć do przodu.
    Zazwyczaj jest tak, że lawina rusza już jak się zrobi mały krok do przodu.
    Także uruchamiam swoją lawinę i siadam do pisania mgr. Trzymajcie kciuki ! 😀

  • Marta

    Warto też uważać, żeby nie przegiąć w drugą stronę, bo regularne niedosypianie, złe odżywanie i cały czas bycie na 200% lubi odbijać się na zdrowiu. Warto dbać też o dobry i zdrowy odpoczynek 🙂